Nigdy nie sądziłem, że dumę można mierzyć monetami, a jednak siedziałem tam, licząc monety na kuchennym blacie i przekonując samego siebie, że kolejna paczka makaronu instant mogłaby ustąpić miejsca obiadowi.
Za każdym razem, gdy dzwonili moi rodzice, dobrze odgrywałam swoją rolę – zajęta, zmęczona, świetnie sobie radząca . Kochałam ich za bardzo, żeby pozwolić, by w ich głosie zabrzmiała troska. Więc kiedy mama mimochodem wspomniała, że może wpaść do mnie, żeby podrzucić „kilka smakołyków”, zbagatelizowałam to. Słodycze brzmiały niewinnie. Ciasteczka, może. Resztki. Coś na tyle małego, żebym mogła to zaakceptować, nie przyznając się, jak bardzo wszystko się uszczupliło.
