Kochałam już wcześniej, gdy jeszcze wierzyłam, że sam wysiłek wystarczy, by utrzymać związek przy życiu.
Te związki nie rozpadły się od razu. Rozpadały się powoli.
A kiedy odchodziłam, niosłam ze sobą ciche zrozumienie, że miłości nie można zatrzymać dla siebie, tylko dlatego, że się tego pragnie.
Następne lata nie były dramatyczne, ale przyniosły drobne rozczarowania, które z czasem się kumulowały.
Poznałam mężczyzn, którzy na pierwszy rzut oka wydawali się w porządku, odbyłam rozmowy, które na jakiś czas dały mi nadzieję, i nawiązałam związki, które prawie się udały — aż do momentu, gdy przestały działać.
Stopniowo, nie podejmując świadomie tej decyzji, przestałem oczekiwać, że cokolwiek trwałego z tego wyniknie.
Nie byłam nieszczęśliwa. Po prostu nauczyłam się to akceptować i pozwoliłam sobie zbudować życie, które nie zależało od tego, czy ktoś inny zostanie.
Miałam swoje rutyny, swoją przestrzeń, swój spokój — i chociaż zdarzały się chwile, kiedy czułam pustkę, nigdy nie były one nie do zniesienia.
Kiedy skończyłam 42 lata, przestałam już wierzyć, że miłość kiedykolwiek do mnie powróci.
Potem poznałam Nathana.
